Najpierw kawa, potem historia
W ormiańskim towarzystwie poważna dyskusja zwykle zaczyna się dopiero po kawie. Wcześniej trwa ustalanie, kto robi najlepszą i dlaczego akurat babcia.
Ta sekcja ma być lekka, inteligentna i przyjazna. Zamiast ostrej satyry stawia na ciepłe obserwacje: rodzinne rozmowy, diasporowe przyzwyczajenia, miłość do kawy, historii i niekończących się dopowiedzeń przy stole.
W ormiańskim towarzystwie poważna dyskusja zwykle zaczyna się dopiero po kawie. Wcześniej trwa ustalanie, kto robi najlepszą i dlaczego akurat babcia.
Gdziekolwiek pojedziesz, zawsze znajdzie się ktoś, kto zna kuzyna, koleżankę albo sąsiada z Erywania. Świat bywa duży, ale diaspora bywa szybsza.
Piszesz jedno zdanie na stronę, a po chwili otrzymujesz trzy poprawki stylistyczne, dwa uzupełnienia historyczne i pytanie, czemu nie dodałeś jeszcze zdjęcia pradziadka.
To zdanie oznacza zwykle, że czeka cię pełna kolacja, trzy wspomnienia z dzieciństwa i plan spotkania na kolejny tydzień.
Można zacząć od pogody, ale istnieje spora szansa, że rozmowa i tak dojdzie do Araratu, historii albo przepisu na dolmę.
To pytanie w praktyce nie służy zebraniu informacji. Ono służy uruchomieniu procesu karmienia wszystkich obecnych i potencjalnie nieobecnych.
Gdy Ormianie zaczynają porównywać wersje wydarzeń historycznych, zwykle bardzo szybko okazuje się, że wszyscy mają rację - tylko w różnych epokach.
Rozmowa potrafi zacząć się po polsku, skręcić w ormiański, zatrzymać na angielskim, a skończyć wspólnym śmiechem, bo wszyscy i tak wiedzą, o co chodziło.
Na początku to miało być tylko szybkie ustalenie. Po godzinie masz już listę gości, menu, plakat i pomysł na wydarzenie towarzyszące.
W teorii nikt go nie chce. W praktyce trwa uprzejma debata, po której i tak ktoś zawija go na drogę, żeby nie było, że się zmarnuje.
Ormianin może przyjść sam na spotkanie. Problem w tym, że po pięciu minutach i tak okaże się, że połowa sali zna jego rodzinę do trzeciego pokolenia.
Nie ma małego poczęstunku. Jest tylko pierwszy talerz, drugi talerz i delikatna obraza, jeśli powiesz, że już wystarczy.
Każdy Ormianin ma w głowie trzy mapy naraz: historyczną, współczesną i tę, którą tłumaczy przy stole przez dwadzieścia minut.
Powiedziałeś, że wpadniesz tylko na chwilę. Gospodarz usłyszał: zostajesz, jesz, pijesz i wychodzisz z pudełkiem na wynos.
Ormiańskie „zaraz” nie znaczy to samo co kalendarz. Czasem znaczy: najpierw herbata, potem rozmowa, a dopiero potem plan.